piątek, 17 lipca 2015

Na jutro zaplanowałam sobie rzeczy kilka.
O ile wyślą mi już zaproszenie po odbiór, chcę podjechać do empiku po swoje zamówione rzeczy. A myślę, że wyślą. Liczę, że wyślą.
Chciałam też kupić prezent dla Paci, bo w zasadzie nie dałam jej na urodziny nic. A miała je w maju.
Wypełnię dzienniczek praktyk i napiszę wiadomość do Piotrka kiedy mogę się wybrać do Startu po podpis.
Poprawię plan pracy licencjackiej, którą mam kompletnie w dupie i nie pamiętam nawet swojego tematu.
Zacznę chyba też robić buty dla Karoliny, chociaż chce mi się równie mocno jak moim znajomym spotkać się ze mną. Nie wiem nawet gdzie mam pędzle.
I Pacia powiedziała też, że mogę wpaść do nich na działkę. Ale nie wiem jak z tym będzie.

środa, 15 lipca 2015

Czemu ja się obudziłam.

poniedziałek, 13 lipca 2015

W telewizji leci Godzilla. Ta z 1998.
No i patrzę, patrzę ale chyba marnuję tylko czas bo póki co ten film to jedna wielka kompilacja najbardziej oklepanych pomysłów, żałosnych żartów i najgorszego aktorstwa. Dlaczego.

Wczoraj zainstalowałam PS 7 bo okres próbny na Open Canvas już mi się skończył. I jestem wściekła.
Pościągałam różne ołówkowe pędzle i nic. Tak źle mi się nimi rysuje, że za każdym razem kiedy próbuję po prostu zbiera mi się na płacz.
Nie żartuję. Jest źle.

Jeśli nic się nie zmieni, to ludzie o mnie zapomną. A już tak dobrze szło, moje rysunki były tak dobrze odbierane. Co ja mam zrobić.

niedziela, 12 lipca 2015

Choć jej granice znajdziesz na mapach,
Ale o treści, co je wypełnia,
Powie ci tylko księżyca pełnia
I mgła nad łąką, i liści zapach.

sobota, 11 lipca 2015

Dzisiaj, uchodźcy z Syrii wylądowali na lotnisku w Warszawie. 150 osób. Chrześcijanie (hehe na bank).
I o ile ich potrafię jeszcze zaakceptować (z trudem) to mam ogromną ochotę pojechać na Wiejską i w rękawicy bokserskiej powystrzelać po pyskach cały sejm za podjęcie decyzji o przyjęciu jeszcze, kurwa, 2 tysięcy osób.
Dlaczego zawsze pomagamy ludziom skoro sami jesteśmy w potrzebie? Dlaczego nam nie pomaga nikt?

Mimo wszystko- decyzja zapadła.
Ale Polska to nie zachód. Nie ci, którzy pozwalają gościom czuć się jak u siebie, wprowadzać własne zasady i przekształcić Europę w eurabię. Jest takie powiedzenie, "będąc w Rzymie, zachowuj się jak Rzymianin".
Nie zamierzam bać się żyć w MOIM kraju.

czwartek, 9 lipca 2015


Nie zrobiłam dzisiaj dużo, bo słabo się czuję. Rano otworzyłam pani listonosz, która przyniosła mi spódniczkę z Jake'm z Adventure Time. Doczekałam się. Materiałowo i zapachowo przypomina strój kąpielowy, jest też krótka, ale dla osoby karlego wzrostu (czyli takiej jak ja) jest w porządku. Bardzo mi się podoba. image




Przed 15 wyszłam z psem na krótki spacer. Schodząc na dół, na parterze spotkałam panią Karinę. Ze szpitala.
Byłam bez makijażu, więc rozmawiałam z nią z twarzą przysłoniętą telefonem. Śmiała się, no i lubię ją w zasadzie wobec tego chwilkę sobie pogadałyśmy. Przyjechała pożyczyć od nas jakiś duży plecak, bo jej syn gdzieś wyjeżdża i potrzebują czegoś takiego- sami nie mają. Umówiła się z moim bratem, że jej go zniesie.
No i fajnie, pożegnałam się z nią i poszliśmy się z Dinem dalej "wyprowadzać".

Jakoś w zeszłym tygodniu znalazłam na trawniku kwiat maku. Z daleka wyglądał prześlicznie, dlatego niewiele myśląc zerwałam go sobie. Cieszyłam się, bo wyobraziłam sobie jak ładnie by wyglądał w domu... Ale kiedy tylko zaczęłam się mu bliżej przyglądać, zauważyłam pełno czarnych robaków.image

Niestotne.
Później przyszła moja mama i zgodziła się, żebyśmy zamówiły zamówiły sobie obiad z Narada Sushi.
Kokosową zupę dla niej i zestaw wegetariański dla mnie.
Dostawa trwała jakąś godzinę, ale tak mi się dłużyło bo byłam mega głodna, oraju.
Cały dzień w sumie nic nie jadłam, więc kiedy tylko pan dostawca przywiózł jedzenie, szybko zrobiłam zdjęcia i chwilę później wyglądałam tak ->



Mój zestaw składał się z 6 hosomaków- trzech z ogórkiem i trzech z tykwą + sezam, 8 uramaków z warzywami w tempurze i 3 sztuk nigiri- z ogórkiem (a miało być tamago...) z pieczonym serkiem tofu i grzybem shitake.
Prócz tego, kiełki, imbir, wasabi i sos sojowy blabla. Wszystko takie piękne i pyszne omagod. Nie udało mi się jeszcze zjeść wszystkiego a objadłam się tak bardzo, że jest mi niedobrze.

Swoją drogą, mama chyba nie podziela mojego entuzjazmu lol.

Miałam na dziś zaplanowane wyjście do restauracji japońskiej. Nie byle jakiej- bo postanowiłam sobie, że chcę iść do takiej, w której jeszcze nie byłam.
Umówiłam się z Agnieszką, a wybrałyśmy się do Narada Sushi.
Wnętrze jest śliczne. Prócz jednego, szpecącego to miejsce malowidła ściennego wszystko jest bardzo tradycyjne. Stoliki są oddzielone parawanami, jest też (o ile dobrze widziałam) pomieszczenie zamykane. Zasuwasz drzwi i już.
Bardzo podoba mi się ta aura intymności. Sama bardzo nie lubię gdy jest wokół mnie zbyt wiele osób, kręci mi się w głowie i zaczynam się źle czuć. Skupiam się przede wszystkim na tym, że ludzie mnie obserwują i mogą krytykować zamiast na osobie z którą w tym momencie jestem. I zamiast celebrować czas, stresuję się.
Ale tutaj jest bardzo w porządku, naprawdę. O ile będą mi dane randki jeszcze kiedyś w życiu i dotrę do tej trzeciej, która jest aktualnie moim fatum- prawdopodobnie pójdę właśnie tam.

Jest też rzecz, która mi nie spodobała. Maty bambusowe na stole i menu były... No, nie były idealnie czyste. Przymykam trochę na to oko bo polubiłam to miejsce, ale mam nadzieję, że chociaż te nieszczęsne maty były jednorazową wpadką. (Następnym razem będę im się bacznie przyglądać!)


Od początku.
Nie przespałam całej nocy. Obejrzałam parę rzeczy, później leżąc już w łóżku grałam sobie w gry otome na telefonie, a potem pod mój dom przyszły dziki.
A ja uwielbiam dziki. Zawsze, kiedy tylko usłyszę ich chrumkanie lecę do okna i je obserwuję.
Kiedy zniknęły z mojego horyzontu wróciłam do łóżka. Jakiś niedługi czas po tym, zaczęło grzmieć.
Początek nawałnicy. No i tak to jest. Co zrobisz, nic nie zrobisz.



Zasnęłam niedługo po siódmej rano, a wstałam koło 11. Cały ranek w biegu, ale udało mi się wszystko ze sobą pogodzić.
Wyszłam na autobus trochę później niż powinnam, a miałam przecież kupić sobie jeszcze bilety. Zdążyłam (nawet biletomat dał mi o jeden bilet więcej, hehe profit). Weszłam do środka, zaliczyłam kasownik i stanęłam sobie chwytając się rurki. I tyle spokoju.
Kobieta, wiekowo tak z piętnaście lat starsza ode mnie, ale mentalnie chyba jeszcze nie skończyła czterech, postanowiła przejść na sam przód autobusu i zacząć awanturę z kierowcą. Chodziło jej o to, że drzwi zamknęły jej się przed nosem. :) Możliwości są takie, że kierowca jej nie widział, była awaria drzwi, albo że gramoliła się do tego busa pięć lat, więc je po prostu zamknął. Ale koniec końców stała obok niego drąc mordę, co oznacza że w jakiś sposób weszła. WIĘC CO ZA PROBLEM.
Ale nie.
No i tak mija kilka minut, autobus stoi, oni się kłócą (choć facet to naprawdę, oaza spokoju).
Chciał, żeby wyszła (i ma takie kurwa prawo, że może wyprosić z autobusu kogo sobie chce, szczególnie osobę awanturującą się), ale nie. Nie wyjdzie.
Ludzie krzyczeli, że się spieszą do pracy, żeby się łaskawie uspokoiła i zamknęła dupę. A ona na to, że skoro się spieszą to niech wysiądą i czekają inny autobus!

Znudziło mi się stanie, zajęłam miejsce. I wyłączył się silnik.
Pan kierowca wyszedł z kokpitu i powiedział, że bardzo mu przykro ale z agresywną pasażerką nie będzie jechał i prosi, żebyśmy się przesiedli.  Większość się do tego zastosowała, ale kilka osób, podobnie jak ja stwierdziło, że ni chuja- nigdzie nie idziemy. Łudziliśmy się chyba, że to coś ma jednak coś w głowie, albo ewentualnie jeszcze jakiś wstyd. Na próżno.

Kretynka wezwała policję. :")))))))))))
Nie wiem już czy przyjechali czy nie i w jaki sposób się to wszystko skończyło, bo było już późno, a jednak zależało mi na tym, żeby zdążyć na swoje spotkanie, więc się przesiadłam.
Ale ze szczerego serca współczuję panu kierowcy takich doświadczeń i mam nadzieję, że idiotka musiała chociaż zapłacić jakąś grzywnę, bo przez cały ten czas naliczyłam się kilku naruszeń prawa.

Całkiem nabuzowana dojechałam na miejsce. Znalazłam Agę na dole schodów i poszłyśmy jeszcze w kilka miejsc. Kupiłam sobie mgiełkę do ciała, kwiat wiśni.
Pachnie jak wszystko, tylko nie kwiat wiśni. Ale nie żałuję.

Deszcz padał, raz nie padał. Aga wbiła mi drut z parasola na oko 10 razy w głowę.
Pochodziłyśmy chwilę i skierowałyśmy się na dworzec, żeby dojechać do NS.

Samo NS znajduje się niedaleko mojej uczelni! Gdybym miała znajomych, mogłabym tam z nimi chodzić w czasie okienek HEHEHEŚMIESZNE.

Zamówiłyśmy misoshiru dla Agi, a dla mnie- lody z sezamem.
Też myślałam o misoshiru... Wahałam się właściwie pomiędzy lodami, sałatką goma wakame, nigiri z omletem i smażonym serkiem tofu, a właśnie misoshiru. Ale nie miałam pewności czy nie ma tam w środku wywaru z ryby. W menu go nie było, ale pamiętam, że kiedy byłyśmy w sushi do jakiś milion lat temu, kiedy nie byłam jeszcze wegetarianką, jadłyśmy tą zupę i ona właśnie miała w sobie bulion rybny.


Spytałam o to panią, która zbierała od nas zamówienie, a ona odpowiedziała, że nie ma tam żadnego mięsa. Bo ze wszystkich zup, które oferują ta jest właśnie bez niczego takiego. Ale no, nie do końca zaufałam.

No i kiedy Aga dostała zupę, spytałam czy czuje rybę. I ONA JĄ CZUŁA.
Nie wierzcie ludziom.

Nie no, tak naprawdę odpowiedź tej pani wynikała chyba bardziej z niewiedzy. Sama, po powrocie do domu napisałam wiadomość do jednego znajomego japończyka z pytaniem "z czego się składa miso".
Z soi i soli. Całkiem w pytę. Gdyby to był koniec.
Ale! Żeby zrobić misoshiru trzeba dodać dashi. A dashi to wywar, który się robi z glonów albo z właśnie ryby.
No. I zupa Agi była ewidentnie rybna.
Nie mogę jej jeść. :(

Moje lody swoją drogą, nie wyglądały spektakularnie ale były najlepszymi lodami jakie jadłam w życiu, nie żartuję. Smakowały jak chałwa!

I w sumie będę już kończyła, jestem trochę zmęczona. Myślę, że znowu zaczyna mi się coś dziać z węzłami. Niby nic nowego, ale jeszcze nigdy mnie tak nie bolało.


wtorek, 27 stycznia 2015

Dobra, położę się już. I tak się więcej nie nauczę.
Prawdopodobnie jakiś kosmita próbuje się przebić przez moją czaszkę i opanować świat, bo tak właśnie boli mnie głowa.
Piję mleko, staram się opanować jakoś względnie materiał na poprawkę nauk o organizacji. Ale jakoś nie idzie mi łatwo.
Powinnam dostać 5 za to, że wykładowca znał mojego dziadka. Tymczasem wpadła mi tutaj jakoś ocena niedostateczna. Czy to żart. Chyba nie. Wyniki przyszły o północy, poprawa o 10.
Umówiłam się z dziewczyną której nawet nie lubię, że pójdziemy razem. Ale kogo ja tam lubię. Nikogo. Dwie osoby, max. I kota, którego czasami widywałam. Na pierwszym roku. 
Mam potem jeszcze jechać gdzieś z Patrycją i naszymi psami. Daj pan przeżyć, bo nie widziałam dwóch ostatnich odcinków AHS.

sobota, 17 stycznia 2015

Nie wiem jak zacząć ten post. Nie wchodziłam na bloga już spory kawał czasu i chyba nie pamiętam już jak się pisze notki.
Myślę, że jakieś podsumowanie roku dodam gdzieś na dniach. Wydarzyło się dużo, a zarazem jakby nic.
Tak czy owak, nie chce mi się w tej chwili nad tym roztkliwiać, w związku z czym wracam teraz do teraźniejszości. A raczej niedalekiej przeszłości i nieodległej przyszłości.
 
Wczoraj umówiłam się z Agą. Głównym celem tego spotkania były żelkowe bransoletki, które dla niej zamówiłam, zwrócenie książki jej siostry, przypadkowe zakupy w nowo otwartym rossmannie i te planowane w wegAnce. Na tym ostatnim zależało głównie mnie.
Z góry wiedziałam, że przepierdolę cały swój hajs i cóż, tak właśnie się stało. Weganizm to kosztowna sprawa. Bądź co bądź będę tam wracać, spodobało mi się.
Szczególnie muszę koniecznie spróbować lodów daktylowych albo tych o smaku masła orzechowego. Ale jest jeszcze czas, wybierzemy się po nie koło wiosny. Chociaż równie dobrze mogłybyśmy zjeść je już teraz, pogoda taka już. Ale wiecie, lody w zimie? No jak to.

We wtorek mam poprawkę z niemieckiego. Czwartą, hehehe. Gdybym mogła, spaliłabym tę kobietę.
Idę też do centrum z Pacią. Tylko gdzie, bo nie mam żadnego pomysłu.