wtorek, 10 czerwca 2014
Myślałam, że to już koniec. Ale nie. Jest jak zwykle. Kiedy tylko podreperuję sobie humor i kiedy po wylaniu rzeki łez i wykrzyczeniu potoku emocjonalnych słów- postanowię jednak, że trudno- sama z roku nie odejdę. Przeżyłam tyle, to przeżyję więcej.
Właśnie wtedy te pierdolone studia i przebywające tam spierdoliny życiowe wszystko mi zniszczą.
Niech to się już skończy, obojętnie jak.
Wcześniej myślałam, że ok, będę sama i właśnie sama udowodnię im, że też potrafię. Ale już mi nie zależy. Gra nie jest w żadnym stopniu warta świeczki.
Mogę przegrać, teraz przecież przynajmniej próbowałam. Nadal próbuję. Nie dla siebie, bo nigdy nie chciałam tam być. Nigdy nie chciałam robić tego co robię, ani mieć takiej przyszłości, którą potencjalnie da mi ta uczelnia. Chcę być szczęśliwa, a dzięki niej jest gorzej niż kiedykolwiek.
Walczę tam o przetrwanie i zyskuję nic poza (w dużym skrócie) bardzo złym samopoczuciem. Ale walczę. Cieszysz się mamo?
Sprawiania innym zawodu to taka chyba moja rola życiowa.
poniedziałek, 9 czerwca 2014

niedziela, 8 czerwca 2014
Jednak ja jakiś dzień przed imprezą straciłam nadzieje, że w ogóle się na tam pojawię. Bo przez cały wcześniejszy czas tkwiłam w przekonaniu, że pójdę z Agą, Karolą albo z chłopakami i Pacią- Kimś z nich w każdym razie. Skończyło się tak, że nikt nie wyraził jakiejś większej chęci spotkania się ze mną, dlatego dziękuję losowi, ze pojawiła się moja Sylwia i wybrałyśmy się tam we dwójkę.
Sam festiwal w istocie był nieco mierny- przyszłyśmy chwilę przed rozpoczęciem i kiedy byłyśmy gdzieś pośrodku kolejki, ktoś powiedział, że zabrakło woreczków z proszkiem 'holi'. W regulaminie było, że swoich nie mogłyśmy wnieść (nie, żebyśmy je miały), a nikt inny by ich nam raczej nie oddał. Zrobiło mi się trochę smutno, bo się tak bardzo cieszyłam...



